Aspiracji do stworzenia dzieła znakomitego można było się spodziewać już czytając napisy wejściowe. „Broken” miał aż czterech scenarzystów. Czyli było z góry założenie to nie będzie typowa jazda. Jakby twórcy chcieli powiedzieć:„Tu zobaczycie teraz nową jakość”. O tym świadczył też brak tradycyjnej wejściówki, która została zastąpiona typowymi napisami. Obsada tego odcinka składała się tylko z aktorów faktycznie w nim występujących. Nikt na siłę do napisów nie wciskał np. Jennifer Morrison albo kogoś innego ze standardowej obsady. „Broken” był w pewnym sensie samoistnym filmem telewizyjnym, który dystansował się trochę od wcześniejszego formatu serialu i za fundament historii wziął tylko psychikę House. Nie było w odcinku tego czego się obawiałem, czyli jakiegoś pacjenta chorego na tajemniczą chorobę. Nic z tych rzeczy. Całe 88 minut zostało poświęcone na samego dr House’a.
Odcinek już od samego początku miał silne plusy. Pierwszym było nie serwowanie całej serii scen z detoksu głównego bohatera. Zamiast tego była krótka dwuminutowa sekwencja jak z sennego koszmaru z wyblakłymi zdjęciami i piosenką Radiohead „No Suprises” w tle. Twórcom nie chodziło o rozprawienie się z nałogiem House tylko z jego charakterem, który jest właśnie źródłem tego uzależnienia. Leczymy przyczynę nie skutek. Bohater po odwyku idzie się wypisać, a po drodze kradnie jeszcze czapkę z głowy jednego pacjenta. Nie jest to jednak takie łatwe. Dr Darryl Nolan (Andre Braugher) może go wypisać, ale nie zamierza wystawić mu listu rekomendacyjnego potrzebnego do praktykowania medycyny. By go uzyskać House jest zmuszony do odbycia terapii i dalszego leczenia. Bohater jednak oczywiście nie ma zamiaru poddawać się obowiązującym rygorom. Z góry zaznacza po wejściu do oddziału, że ma zamiar uprzykrzać życie całemu szpitalowi. Wtedy dr Nolan będzie musiał napisać list rekomendacyjny by się go pozbyć dla świętego spokoju. Jednak tym razem nie wszystko pójdzie po myśli House’a.
Bohaterowi uda się kilka razy zaburzyć życie w szpitalu. Najpierw wyżywa się na pacjentach eksponując ich słabości i wady. Potem ich podburza przeciwko „złym” lekarzom. Następnie będzie szukał haka na dr Nolana. A na końcu będzie udawał, że współpracuje z zakładem i bierze leki. Jednak te wszystkie sztuczki się nie udadzą i w końcu będzie musiał naprawdę poddać się leczeniu. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze dr Nolan jest doskonałym przeciwnikiem dla House’a. Przewiduje jego ruchy i szybko reaguje na jego sztuczki. Poza tym nie wdaję się w dyskusje z House’em. Bohater bowiem jak zwykle w takich debatach odbija piłkę i zamiast rozmawiać o swoich wadach woli dywagować o problemach innej osoby, które bardzo często są podobne do jego. Nolan na wszystkie te wstawki w ogóle nie reaguje i dalej drąży psychikę House’a. Scenarzyści jeszcze nie stworzyli w serialu postaci, która potrafi nie dać się sprowokować tytułowemu bohaterowi. Psychiatra uczy także House’a jak zachowywać się po ludzku wobec innych. Przykładem jest świetna scena przy łóżku umierającego ojca dr Nolana. House jak to zwykle on nie zważa na delikatność sytuacji i robi wykład o tym jak to jego kolega po fachu sam siebie oszukuje i jaki jest żałosny. Nolan krótko to ucina i mówi, że nie potrzebuje go tu do prowadzenia gierek. Wtedy House zachowuje się w sposób rzadki dla niego, czyli po ludzku i zostaje razem z nim przy łóżku umierającego ojca. Nolan wpaja bohaterowi także, że ma prawo być szczęśliwy, ale musi po pierwsze pozwolić sobie na to. Żeby to osiągnąć musi nauczyć się obcować z ludźmi. Ta silna relacja w odcinku opiera się na znakomitej grze Andre Braughera, który gra bardzo subtelnie, ale przekonywująca przykładem jest już wspomniana scena z umierającym ojcem. Ten aktor nigdy nie schodzi poniżej swojego wysokiego poziomu.
Drugim powodem zmiany House’a jest zbudowanie związku uczuciowego z Lydią (Franka Potente), która przychodzi do zakładu by odwiedzać siostrę swojego męża. Związek ten kwitnie powolutku najpierw rozmowy, potem spontaniczny pocałunek a na końcu delikatny seks. Po nim to jednak nie kobieta płacze, jak to zwykle bywa w stereotypowych filmach. To House urania łzę, ponieważ od dawna nie był tak blisko z człowiekiem, a co dopiero kobietą. Ten związek jednak nie ma jednak happy endu. Lydia ma swoje własne życie, rodzinę, dziecko i nie chcę tego niszczyć. House zostaje znowu sam jednak udaje mu się nawiązać prawdziwą relację z człowiekiem i co najważniejsze zależało mu bardzo na tej drugiej osobie. Ten element odcinka ma jednak moim zdaniem mała wadę. 88 minut to trochę za krótko na zbudowanie porządnego love story. Przydałoby się jeszcze może z 20 minut ekstra, żeby podbudować ten ekranowy związek. Trochę za mało było scen, które miałyby świadczyć o tym że między bohaterami istnieje tak silne uczucie i więź. Chyba, że bohaterowie byli tak bardzo spragnieni jakiegokolwiek uczucia, że rzucali się na pierwszą osobę, która okaże im zainteresowanie. Taka miłość zagubionych i odrętwiałych ludzi. Nie jestem jednak przekonany czy o to twórcom chodziło. Ale ten mały drobiazg nie przeszkadza przy pozostałych silnych pozytywach.
Kolejnym są pacjenci szpitala w tym Alvie (świetny Lin Manuel-Miranda), gadatliwy współlokator głównego bohatera. House w toku odcinka pomoże mu w dwóch znakomitych momentach. Przy improwizowaniu tekstu rapu podczas pokazu talentów oraz zainspiruje go nieświadomie, ale jednak do poddania się prawdziwemu leczeniu i powrocie do społeczeństwa. Te sceny to prawdziwy przełom, ponieważ nigdy do tej pory House sam z siebie nikomu bezinteresownie nie pomagał i co najważniejsze nie robił nic co mogłoby być przykładem dla innych. Tu jednak to nastąpiło.
Drugim pacjentem ważnym jest „Pan Wolności” (Derek Richardson), który wierzy, że posiada nadludzkie zdolności. House zamiast mu pomóc, szkodzi mu wzmacniając mu jego urojenie co skutkuje jego skokiem z dużej wysokości i późniejszym załamaniem. Tu pojawia się problem bohatera, który potrafi leczyć ciało, ale nie psychikę człowieka. Nawet niekiedy pomimo wyleczenia pacjenta wychodzi on ze szpitala potargany emocjonalnie po nieprzyjemnym „wykładzie” od House’a. Zdrów jak ryba tylko będzie chyba musiał teraz wydawać na psychiatrę. Przy „Panie Wolności” House nauczył się podchodzić po ludzku do pacjentów. Finałem tej relacji są szczere przeprosiny pod koniec odcinka.
Na końcu odcinka mamy natomiast dwie genialne po prostu sceny. Pierwsza z nich to zanurkowanie bohatera w torcie pożegnalnym. House zawsze był błaznem i lubił się wygłupiać. Jednak były to figle tylko dla jego uciechy. Tu natomiast zrobił to dla rozweselenia pacjentów i lekarzy. Druga to ta w której Dr Gregory House wieczny ponurak uśmiecha się w autobusie, mając na sobie koszulkę z uśmieszkiem, a w tle gra piosenka „Seven Day Mile” zespołu The Frames. Tego chyba nic nie przebije. Bohater po raz pierwszy był zadowolony z siebie. Czuje, że coś się zmieniło w nim na lepsze. Czyli jest w takim stanie ducha w jakim go jeszcze nie widzieliśmy. Całe armie krytyków i widzów wychwalają tę ewolucję bohatera. Są jednak nieliczni, którzy wołają: gdzie jest House?, gdzie jest humor serialu? Myślę, że nie mają oni racji. Bohater pozostaje ten sam, tylko trochę inaczej nastawiony do życia. Humor także nie zniknie i był nadal obecny w tym odcinku. Sam House mówił także, że są jeszcze sprawy z którymi musi się uporać. Nie trzeba więc się obawiać, że zacznie się zachowywać jak Matka Teresa. Nie jeden raz jeszcze prawdopodobnie coś zbroi, jednak teraz będzie bardziej uważał. Poza tym myślę, że House’owi należał się ten moment ukojenia po 5 sezonach nieszczęść. Jak dokładnie będzie wyglądał bohater w kontaktach z pacjentami i współpracownikami dowiemy się lada chwila, bo już w poniedziałek. Ja wiem jedno, że nigdy z taką ciekawością nie czekałem na następny odcinek. Zaczyna się nowy świat. I to na dodatek lepszy i ciekawszy od starego. No i jeszcze na koniec stwierdzenie, że Hugh Laurie jak to określił jeden z krytyków wydaje się być fizycznie niezdolny do zagrania złej roli. „Broken” potwierdza te tezę.