Recenzja: "Flash Forward" 1x01 i 1x02

2009-10-04 13:46:32

Za nami dwa bardzo ciekawe i interesujące epizody nowego serialu ABC "Flash Forward". Chyba ciężko wyszukać jakąkolwiek osobę, która tą produkcję skreśliła po pierwszych odcinakach. Wszystko zaczyna się od dobrego pomysłu. Bez tego ani rusz. Musi być w serialu coś co od razu przykuje uwagę widza. Od dłuższego czasu było wiadomo, że „Flash Forward” będzie zawierał ten składnik...

Sezon 1, Odcinek 1 – „No More Good Days”


Cała ludzkość (przynajmniej tak się wydaje na początku) traci przytomność na dokładnie dwie minuty i siedemnaście sekund. Podczas tego zamroczenia bohaterowie mają tytułowy flash-forward, czyli wizję zdarzeń z przyszłości, które mają nastąpić za około pół roku.
 

Odcinek zaczyna się od chwili tuż po zakończeniu zamroczenia. Wokół panuje kompletny chaos i wszyscy są zdezorientowani. Chwilę potem mamy przeskok do zdarzeń sprzed 4 godzin. W tym miejscu mamy sekwencję prezentacji kilku bohaterów tego serialu aż do momentu zamroczenia. Jest to chyba najlepszy moment odcinka. Każda scena wydaje się być na miejscu. Nic nie jest tu na siłę. No może poza małym, drobniutkim, tycim momentem, ale o tym potem. Początkowo rytm scen płynie spokojnie by potem w końcowym momencie ulec znacznemu przyspieszeniu. Najpierw zostaje przedstawione sielankowe życie małżeństwa Marka (Joseph Fiennes) i Olivii Benford (Sonya Walger). Tu pojawia się pierwszy duży plus. Ponieważ od dawna nie było w serialu telewizyjnym małżeństwa, które patrzyłoby na swój związek z takim humorem i dystansem. Dla Benfordów synonimem słowa „kocham cię” jest „nienawidzę cię”. A kiedy Olivia prosi Marka by naprawił drzwi od garażu ten odpowiada: „Już o tym zapomniałem.”  Czyli w skrócie duże brawa za brak lukru i ckliwych tekstów o miłości. Bohaterowie nie muszą wygłaszać sztucznych frazesów byśmy uwierzyli, że łączy ich uczcie. Potem poznajemy Nicole (Peyton List). Z nią na razie nie dzieje się nic istotnego. Jednak kolejny bohater jest już intrygujący. To Bryce(Zachary Knighton), lekarz i podwładny Olivii, który chce popełnić na molo samobójstwo. Kolejną postacią jest Aaron (Brian F. O’Byrne), alkoholik-rekonwalescent a także opiekun Marka, który także leczy się z nałogu. Na koniec poznajemy jeszcze kilka osób z FBI. W tym Demetriego (John Cho), partnera Marka. W końcowej fazie mamy pościg przeplatający się ze innymi zdarzeniami w których biorą udział bohaterowie. Widać tutaj rozmach. Są tu kraksy, których nie powstydziłby się film fabularny. Mały minus, o czym już wspomniałem, to utarty schemat w którym jeden z agentów (Mark) uczestniczących w pościgu jest poważny i opanowany, a drugi (Demetri) zdenerwowany i rozhisteryzowany, krzycząc: „Samochód! Ciężarówka!” itd.. Ta scena wyglądała nienaturalnie i wydaje się jakby tam była tylko by uczynić zadość ogranym regułom filmowych pościgów. To jest jednak malutki minusik, który na szczęście nie trwa długo. W finale sekwencji mamy szybki montaż wszystkich zdarzeń. Min. pościg, Nicole uprawiającą seks z chłopakiem, Aarona wspinającego się na słup. Cały ten segment odcinka wypada imponująco głównie dzięki montażowi (Jeff Betancourt), zdjęciom (Kramer Morgenthau) i muzyce (Ramin Djawadi). Myślę, że już szykują się nominacje w kategoriach technicznych za ten odcinek. Szczególnie wciągające są sekwencje z Brycem na molo. Twórcy inteligentnie wykorzystali naturalne oświetlenie i ładnie wyszło to plastycznie na ekranie. Zwłaszcza krótkie ujęcie w którym kamera robi najazd od tyłu na Bryce.



 

Potem następuje małe uspokojenie i zbieranie zgliszczy po zamroczeniu. Następnie bohaterowie analizują zdarzenie. Szybko dowiadujemy się, że chodzi tu o coś więcej. Mianowicie postaci przeżyły podczas tych dwóch minut i siedemnastu sekund wizję przyszłości. Co więcej niektórzy bohaterowie mieli wspólne flash-forwardy. Ogólnie klimat zdarzeń przyszłych nie jest zbyt zachęcający. Córka Benfordów śniła o tytułowym „końcu dobrych dni”. Mark ma wizję powrotu do picia i ataku przez nieznanych napastników. Olivia we flash-forward zdradza męża z mężczyzną, którego dopiero ma poznać. Demetri nie ma żadnej wizji i obawia się, że jest to spowodowane jego śmiercią. Ale są tacy co reagują pozytywnie. Bryce widzi siebie żywego i zaczyna myśleć, że śmierć nie jest mu pisana. Aaron z kolei widzi swoją od dawna uznaną za zmarła w Afganistanie córkę. Jedni bohaterowie będą więc dążyć do tego by przeznaczenie się wypełniło. Inni będą starać się mu zapobiec. Można przypuszczać, że to będzie generalnym tematem serialu. Co jest komu pisane? I czy człowiek jest kowalem własnego losu a może wypełnia tylko już z góry utworzony schemat.

 

Innym ciekawym elementem jest także budowanie klimatu i tajemnicy wokół zdarzeń odcinka. Na końcu bowiem się okazuje, że nie wszyscy stracili przytomność w tym samym czasie. Co najmniej jedna osoba w tym momencie była całkowicie przytomna. Wygląda więc na to, że byli tacy którzy albo wiedzieli o tym zdarzeniu albo sami je sprokurowali. To najprawdopodobniej będzie z odcinka na odcinek wyjaśniane. Jednak z taką tematyką trzeba uważać. Twórcy kreują bowiem od podstaw swoją własną mitologię i reguły nią rządzące. Trzeba potem starać się trzymać to wszystko w ryzach by potem samemu sobie nie zaprzeczyć lub nie stworzyć czegoś absurdalnego. Czasami też można zapędzić się w kozi róg. Przy „Lost” pracuje jeden scenarzysta, którego zadaniem jest tylko i wyłącznie sprawdzanie czy nowe odcinki nie zaprzeczają temu co zostało ustanowione w epizodach poprzednich. Tu też przydałaby się taka funkcja. Żeby po obejrzeniu tego wszystkiego człowiek powiedział do siebie: „To ma sens i swoją logikę.”

 

Na koniec jeszcze pochwała dla twórców za humor. Każdy serial nawet najbardziej posępny musi zawierać momenty rozluźnienia. Tutaj były dwa dobre i to takie, które w pewien sposób naśmiewały się trochę ze zdarzeń w odcinku. Pierwszy kiedy Aaron mówi, że ten cały flash-forward to „takie gówno jak duch przyszłych Świąt Bożego Narodzenia”. Drugi kiedy Stanford Wedeck (Courtney B. Vance) jeden z szefów FBI nie robi w swojej wizji nic mistycznego czy nadzwyczajnego tylko normalnie w świecie siedzi na klopie i czyta poranną gazetę.

 


Teraz aktorzy. Jak na tę chwilę wszyscy wypadają dobrze. Mnie cieszy zwłaszcza Sonya Walger w głównej roli, a nie jak to ostatnio jako guest star. Jednak przy tym temacie jest trochę więcej niż mały minus. Jest nim obecność Setha MacFarlane'a w roli agenta FBI.

 

Jest on twórcą takich seriali jak „Family Guy”, „American Dad!” i „The Cleveland Show”. Także podkłada on głosy w swoich produkcjach. W „Family Guy” to on jest min. Peterem, Brianem i Stewiem. Więc cały czas podczas scen w których występował nie skupiałem się na akcji tylko myślałem: „Zaraz. Przecież to MacFarlane. Co on tutaj robi?” Muszę przyznać, że te fragmenty wyrzucały mnie trochę z oglądania tego odcinka. Zamiast śledzić akcję i bohateró myślałem o MacFarlane’ie. Podobnie było w finale „Battlestar Galactica” gdzie krótki epizod miał jego twórca Ronald D. Moore. On sam mówił później w wywiadach, że drugi raz by tego nie zrobił. Tę sytuację podsumuje tak. Błogosławieni ci, którzy nie wiedzą jak MacFarlane wygląda. Dla nich ten problem w ogóle nie istnieje.

 

Podsumowując. Jest bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Są dwie maciupeńkie wady widoczne tylko pod mikroskopem i na największym zbliżeniu.

 
 

Sezon 1, Odcinek 2 – „White to Play”

 

Recenzję wypadałoby zacząć na poważenie. Ja jednak świeżo po obejrzeniu tego odcinka myślę przede wszystkim o genialnym rozwinięciu „wątku toaletowego” agenta Stanforda Wedecka (Courtney B. Vance). Okazuje się bowiem, że bohater miał wizję o siedzeniu w klopie siedząc nieprzytomnie w klopie. Po przebudzeniu Wedeck zobaczył, że jeden kolega z biura po zamroczeniu wylądował głową w pisuarze i zaczął się topić. Szef zrobił więc to co powinien dla swojego podwładnego. Czyli natychmiast sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Naprawdę byłem mile zaskoczony tę sceną, która była kwintesencją czystej komedii. Humor jest zbudowany nie tylko na scenariuszu, ale także odpowiednio głupkowatej i lżejszej muzyce oraz prawdziwemu Tour de France w wykonaniu Courtneya B. Vance’a. To dowodzi starej prawdy, że w scenie komediowej nie wystarczy mieć dobry materiał. Konieczny jest także genialny wykonawca. Aktor gra tę scenę z dużym wigorem, ale także zarazem powagą. I to właśnie dzięki temu jest ona tak śmieszna. Mała perełka.

 

Teraz na poważnie. Odcinek otwiera świetna scena w której dzieci bawią się w zamroczenie. Muszę szczerze przyznać, że nie opatrzyła mi się jeszcze dziecięca aktorka Lennon Wynn grająca Charlie Benford. Myślałem więc na początku, że to jest retrospekcja z prawdziwego zamroczenia, a nam zostaje przedstawione dziecko, które nie straciło przytomności. Oczywiście chwilę potem wszystko się wyjaśniło.



 

Zachowanie Charlie było jednym z głównych motorów tego odcinka. Dwa razy ujawnia ono bowiem to co widziała we flash-forward. Po pierwsze widziała w nim Dylana, syna Lloyda Simcoe (Jack Davenport). Po drugie wie, że „D. Gibbons” to zły człowiek. Tu pojawia się pytanie co dokładnie widziała Charlie. Bo według tego co mówi to zdarzenie powinno już zawierać te dwie osoby. Trzeba uważać, żeby tego zbyt nie zagmatwać. Druga sprawa dotyczy tego czy Lloyd widział Olivię czy też nie. W internecie panuje burza czy można kogoś zobaczyć kątem oka nie patrząc wprost na niego. Jakby co to ten element można jednak łatwo wytłumaczyć. Lloyd mógł kłamać, że nie widział Olivii. Ale jest jeszcze Dylan, który w swoich wizjach widział Olivię. Ale skoro wszyscy mają przyszłe wspomnienia tego samego dnia i godziny. A Olivia była wtedy z Lloydem. Więc wynika z tego, że gdzieś blisko był Dylan no i jeszcze Charlie bo zna Dylana. A jeszcze gdzieś obok „D. Gibbons”. Jak na tę chwilę to wszystko się jeszcze bardziej zamazuje niż wyjaśnia. Ale można było się tego spodziewać. W końcu to pierwsze odcinki. A skoro już mowa o tym wątku to trzeba wspomnieć, że Jack Davenport jak na razie przekonuje swoją grą w tym odcinku, zwłaszcza w scenie wyjawienia synowi śmierci matki.

 

Z innej beczki. Nadal podoba mi się rodzaj relacji między Markiem a Olivią. W tym odcinku dowcipkowali między sobą jak to widzieli się ostatnio ze swoim adwokatami od rozwodów. Jednak nad tym związkiem wisi bomba, która lada moment spadnie. Chodzi oczywiście o ukrywanie przez Marka powrotu do picia. Jak do tej pory Olivia mówi swojemu mężowi wszystko. A on ciągle i z hipokryzją swoją tajemnicę ukrywa.

 

W odcinku mieliśmy też rozwinięcie wątku ludzi stojących za zamroczeniem lub o nim wiedzących. Pojawił się drugi osobnik wspomniany tajemniczy „D. Gibbons”. Śledził on bardzo uważnie zdarzenia o zamroczeniu, a także komunikował się z „mężczyzną ze stadionu”. Póki co tu też na razie dostajemy więcej pytań niż odpowiedzi. W tym stwierdzenie „Gibbonsa”, że „Ten co przewidzi katastrofę przeżyje ją powtórnie”.



 

Z każdym momentem wizja Marka spełnia się. Najpierw prezent od córki, potem zdjęcie spalonej lalki. Mam jednak nadzieję, że twórcy  nie będą drążyć takiego schematu. Ponieważ zbyt łatwe byłoby przewidzenie co się może wydarzyć. Wystarczy zrobić listę rzeczy z jego flash-forwarda i potem liczyć „to już było, to jeszcze musi być to i tamto”. Może scenarzyści wpadną na pomysł modyfikacji wizji. Kiedy bohaterowie zrobią coś co zmieni tor wydarzeń i ich wspomnienia przyszłości ulegną swoistemu uaktualnieniu.

 

Z agentem Noh dzieję się dwie rzeczy. Po pierwsze dostał on potwierdzenie swojego przypuszczenia. Umrze. Dokładnie 15 marca 2010 roku zostanie zamordowany. Tak przynajmniej wynika z raportu wywiadu. Po drugie na tą chwilę to on wydaje się być potencjalnym ojcem dziecka agentki Janis. Siedzą nocą sami w biurze, jedzą babeczki i rozmawiają o życiowych sprawach. Jedno prowadzi do drugiego. Chociaż z drugiej strony może twórcy nas zaskoczą i wywrócą ten wątek jak i inne do góry nogami. Możliwe, że to co teraz widzimy to tylko mylne tropy. Byłoby miło. Widz zaskoczony to widz zadowolony. O ile zaskoczenie jest logiczne i nie naciągane.

 

Na koniec w tym odcinku mamy potwierdzenie, że Aaron i Bryce będą tym elementem serialu, który z nadzieją a nie trwogą oczekuje jutra. Obaj aktorzy O’Byrne i Knighton jak na razie dobrze radzą sobie ze swoimi rolami. Jestem bardzo ciekawy jak rozwiną się ich wątki. Nie wszystkim te postaci się podobają bo w ich przypadku mamy do czynienia bardziej z dramatem niż filmem akcji lub thrillerem. Mnie jednak ci bohaterowie zaintrygowali swoim oczekiwaniem na lepsze jutro i pomocą jaką niosą innym, tym którzy są zagubieni. Tylko przy scenie monologu Bryce wygłoszonym dla Lloyda trochę przeszkadzała muzyka. Za dużo było w niej patosu i ckliwości. Można było to wykonać delikatniej.

 

To by był na tyle. Nadal jest ogólnie dobrze. Zobaczymy co przyniesie kolejny epizod.

 

A jakie jest wasze zdanie na temat dwóch pierwszych odcinków?

autor: Adam


Korzystasz z Facebook'a? Subskrybuj konto ShowTV i bądź na bieżąco!

Jesteś fanem seriali? Masz zacięcie pisarskie, a angielski nie jest Ci straszny? Napisz na info@showtv.pl i dołącz do nas!
SKOMENTUJ