Recenzja – “House M.D.” 6x02, 6x03, 6x04

2009-10-14 19:51:41

Pierwszy epizod szóstej serii przyniósł znaczące zmiany w serialu „House M.D.”. Z dużą ciekawością wiele osób oczekiwało więc nowych odcinków. Jednak jak się można było spodziewać nie były one już tak dużymi trzęsieniami ziemi dla głównego bohatera jak epizod „Broken”. Nie da się bowiem w kółko stawiać całego serialu na głowie. Musi być pewien moment przeczekania i odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Jednak to nie oznacza, że te odcinki nie zawierały wartościowych momentów. O tym za chwilę.




Sezon 6, Odcinek 2 –  “Epic Fail”
 

Generalnie to w tym odcinku nie działo się zbyt wiele. A jeśli już jakieś trybiki się poruszały to były to ruchu łatwe do przewidzenia. Zaczynając od najważniejszego czyli Gregory'ego House'a. Bohater na samym początku odcinka oświadcza, że odchodzi z pracy w szpitalu. Potrzebne jest mu nowe otoczenia, które nie będzie wywoływać stresu i grozić powrotem do nałogu. Oczywiście na samym początku najprawdopodobniej wszyscy widzowie spodziewali się, że ta wolta House'a nie będzie trwała zbyt długo. I tak się oczywiście stało. House próbował pałać się czymś innym niż medycznymi zagadkami. Wybór padł na pasję Wilsona gotowanie. Tytułowy bohater okazał się także w tej dziedzinie wybitnym specjalistą. Jednak to nie daje mu takiego kopa jak medycyna. A to zaangażowanie jest mu teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebne by zwalczać ból nogi bez vicodinu. Więc w najbliższym czasie nie grozi nam zmiana serialu z „House M.D.” na „Cooking with Dr House”. Takiego rozwiązanie należało się spodziewać. W końcu to jest, był i będzie serial o lekarzach. House musi obracać się w tym kręgu. Jednak muszę przyznać, że z ciekawością oglądałem tytułowego doktora w nowym otoczeniu. I mam nadzieję, że pomimo powrotu House'a do pracy w szpitalu scenarzyści wymyślą mu może jakieś nowe hobby. Warto też zauważyć, że mylili się ci którzy myśleli, że bohater nie będzie robił głupich kawałów lub inny fanaberii. W tym odcinku House igrał sobie z Wilsonem przez podmienianie swojego moczu w sedesie.

 

W innym elementach nie jest już jednak tak dobrze. Dużą część tego odcinka była poświęcona na konflikt Foremana z Trzynastką. Wynikał on z faktu przetasowania w hierarchii służbowej. Foreman objął stanowisko House'a i został tym samym szefem Trzynastki. To wywołało szereg nieporozumień i sprzeczek między bohaterami. Ten element wydawał mi się sztuczny i wciągnięty do odcinka na siłę. Chyba scenarzyści nie mieli żadnego lepszego pomysłu na podrasowanie wątku Foreman-Trzynastka. Wcześniej bohaterowie ze sobą pracowali i takiej burzy nie było. Teraz o dziwo zaczynają sobie przeszkadzać. Szczytem wszystkiego był pomysł Foremana na utrzymanie związku z Trzynastką, czyli zwolnienie jej z pracy. Jakim cudem to miało pomóc czemukolwiek. W scenie końcowej myślałem, że Foreman sam szlachetnie zrezygnuje z szefostwa dla dobra związku. Jednak scenarzyści wybrali to rozwiązanie. Jest ono bardziej niż trochę nielogiczne. Chyba opcja z próbą pogodzenia wspólnej pracy z życiem uczuciowym bohaterów wydaje się być logiczniejsza. Cały ten watek jest moim zdaniem strasznie sztuczny i stworzony w miejscu w którym nie powinno go być.



 

Reszta odcinka to oczywiście leczenie pacjenta tygodnia. Tu jest mały plus w postaci Ricka D. Wassermana odtwarzającego tę postać. Aktor ten zwrócił moją uwagę gościnnym występem w innym serialu „Life”. Tutaj także spisał się więcej niż dobrze jako arogancki Vince. Na szczególną pochwałę zasługuje jego finałowa scena w której przegrany i zagubiony pozwala się leczyć według zaleceń Foremana. Wcześniej to on sam wiedział co jest dla niego najlepsze i praktycznie sam siebie leczył. Drugi plus za sceny gier komputerowych. Jedna otwierająca odcinek. Druga kiedy Vince'owi miesza się rzeczywistość z fikcją.

 

Z innych rzeczy dziejących się w odcinku trzeba powiedzieć o decyzji Tauba. Postanawia on odejść bo przyszedł tu pracować tylko z powodu House'a. Kiedy jednak tytułowy bohater wróci zapewne i Tauba zobaczymy ponownie. No i jeszcze o trochę dziwaczna scena w której Trzynastka opowiada na dobranoc Foremanowi relacje ze swoich przygód lesbijskich.

 
Sezon 6, Odcinek 3 – “The Tyrant”
 

Ten odcinek jest dużo lepszy od poprzedniego pod wieloma względami. Po pierwsze zaserwowano nam oryginalnego i intrygującego pacjenta. Jest nim tytułowy afrykański tyran, odpowiedzialny za śmierć tysięcy ludzi w swoim kraju. W tej roli dobrze spisuje się James Earl Jones. Przypomina on widzom, że jest kimś więcej niż tylko głosem Dartha Vadera. Niektóre serwisy zarzucają Jonesowi, że nie był zbyt demoniczny w roli Dibali. Mnie wydaje się, że twórcom wcale nie chodziło o taki efekt. Tytułowy tyran wcale nie miał być czystej krwi niemiłosiernym łotrem. Dibala został tutaj przedstawiony raczej jako człowiek, który z braku innej perspektywy wszedł w ślepy krąg przemocy. „Tyran” zdaje sobie sprawę z okrucieństw jakich dopuściły się jego oddziały nastoletnich żołnierzy i winę za to bierze na siebie. Z drugiej strony jest zdeterminowany by nie dopuścić jego wrogowie do siebie. Czyli jego metoda polega na uzyskaniu pokoju przez przemoc, strach i rozlew krwi. Dibala jest jednak w pełni świadomy tego, że dopuszcza się rzeczy okrutnych. Dla niego jest to jedyne rozwiązanie, które zna. Według starej zasady cel uświęca środki. Przykładem takiego działania było zmuszenie młodej dziewczyny z jego kraju do oddania krwi. Z drugiej strony w końcowych momentach odcinka widzimy syna Dibali. Rozpacza on szczerze nad zwłokami swojego ojca, czyli tytułowy tyran musiał w swoim życiu uczynić coś dobrego skoro wywołał takie uczucie u swojego potomka. Cała postać była budowana na zasadzie dolewania odrobiny bieli do dużej ilości czerni.

 

Równie ważny jak tytuły pacjent był stosunek lekarzy wobec niego. Początkowy wydawało się, że w centrum będzie Cameron, która jako moralna busola zespołu wyrażała się negatywnie o pacjencie i kilkakrotnie dawała do zrozumienia, że wolałaby go nie diagnozować. Potem jednak w toku odcinka większą rolę zaczął odgrywać Chase. I chyba po raz pierwszy od sześciu lat dostał naprawdę mocny wątek w serialu. Chase bowiem decyduje się zabić tytułowego tyrana przez zafałszowanie wyników badań, co skutkowało nieskutecznym leczeniem i ostatecznie śmiercią. W toku odcinka tym działaniom impuls dał były żołnierz oddziałów Dibali, który zwierzył się Chase'owi z masakr których dokonywał po naszprycowaniu narkotykami. Można było się jednak takiego zachowania Chase'a spodziewać. W scenie kiedy mówi Cameron, że dostarczy jej krew do badań na twarzy miał wymalowanie "zaraz zrobię coś strasznego". Foreman na końcu po fakcie przejrzał działanie Chase'a jednak zdecydował się spalić dokumenty wskazujące na winę swojego kolegi.



 

Dla mnie mimo wszystko dużo bardziej ciekawym wątkiem odcinka był zatarg House'a z sąsiadem z dołu mieszkania Wilsona. Tę rolę rewelacyjne zagrał David Marciano, którego w ostatnim czasie można było oglądać w serialu „Shield”. Jego postać Murphy to zgorzkniały, opryskliwy i chamski weteran wojenny. Źródłem tych cech charakteru jest przykre zdarzenia z Wietnamu. Murphy próbował ratować chłopca stojącego na minie. Nie udało mu się to. Na dodatek stracił połowę prawej ręki i nadal odczuwa w niej odrętwienie. House początkowo próbuje pogodzić się z Murphym, potem szuka na niego haka, ostatecznie robi coś niespodziewanego. Na początek wstrzykuje mu środek usypiający a potem obezwładnia go taśmą. Dla wielu fanów Dextera ten modus operandi nie jest nieznany. To oznacza, że House na płatnym kanale Showtime ogląda nie tylko serial "L Word" o lesbijkach, ale także inne dzieło o pewnym seryjnym mordercy. Jednak tu podobieństwa się kończą. House bowiem nie chce Murphy'ego skrzywdzić, tylko mu pomóc. Zmusza go do ćwiczenia, które sprawia, że weteran przestaje czuć odrętwienie w prawej ręce po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat. Murphy jest bowiem swoistym lustrzanym odbiciem głównego bohatera. Człowiekiem, którego fizyczne schorzenia i ból potęgują negatywne cechy jego charakteru. House zaradza temu i w pewien sposób leczy „stan ducha” Murphy'ego. Cieszy fakt, że scenarzyści nadal pogłębiają zmianę w postępowaniu bohatera i pokazują jak pracuje on nad sobą.

 

Z innych rzeczy mamy kontynuację konfliktu uczuciowo-zawodowego miedzy Trzynastką i Foremanem. Nic ciekawego. Na początku są nadal źli na siebie potem jakby się ze sobą godzą, by ponownie się na końcu się poróżnić. Słabego wątku tego sezonu ciąg dalszy. Z jeszcze innych rzeczy warto odnotować absencję Tauba. Prawdopodobnie jeszcze wróci. Małą perełką jest scena w której House na mimy obala wszystkie diagnozy Foremana.


Sezon 6, Odcinek 4 – „Instant Karma”


Scenarzyści postanowili nie uciekać od zdarzeń poprzedniego odcinka i kuć żelazo póki gorące. Czyli w tym odcinku nadal nad bohaterami wisi śmierć a raczej morderstwo Dibali. Chase miał kłopoty przez niedopatrzenie poziomu cholesterolu w podmienionej krwi. Stawiło to Foremana w niezręcznej sytuacji, ponieważ musiał zdać relację z całego leczenia. Bohaterowie starali się temu zapobiec na różne sposoby. W pewnym momencie Chase chciał nawet przyznać się przed Cuddy do swojego czyny. Ostatecznie jednak cała sytuację uratował House, który domyślił się co pracownicy knują i sam zasugerował im medyczną furtkę, którą mogą wytłumaczyć innym poziom cholesterolu. Nie do końca jednak ten wątek wypadł jak potrzeba. Prawdopodobnie przez to, że drugie pół - jeśli nie więcej – odcinka było poświęcone na pacjenta tygodnia i potencjalne odejście Trzynastki. Nie za bardzo odczuwałem, że Foreman i Chase mają tu nóż na gardle. Za mało było scen które miałyby budować napięcie o ich los i ujawnienie tajemnicy. Taki klimat trzeba starannie budować. Na plus trzeba jednak przyznać, że twórcy postanowili się tym wątkiem jednak zająć. Bo były przypadki w „House M.D.” kiedy bohaterowie robili coś traumatycznego, by za tydzień być jak nowi. Tak były z kiedy Cameron dokonała eutanazji na starym i śmiertelnie chorym naukowcu. W następnym odcinkach nie rozwodzono się nad tym, że najbardziej prawa osoba w zespole z litości, ale jednak odebrała człowiekowi życie. Wątek morderstwa Dibali będzie jeszcze wisiał nad bohaterami. Prawdopodobnie wpłynie to na relacje między Chasem a Cameron. Już w tym odcinku jakby zaczęli się od siebie oddalać. Mam nadzieję, że dorobią trochę scen Chase’owi. Bo w tym odcinku w przeciwieństwie do poprzedniego nie zachowywał się jak ktoś kto pozbawił człowieka życia. Raczej jak ktoś kto nie chce wpaść. Może scenarzyści zdecydują, że ta trauma dogoni go później.

 

Inne wątki. Trzynastka chciała wyjechać do Tajlandii. Jednak jej się to nie udaje. Jej lot zostaje anulowany. Potem okazuje się, że zrobił to House. Dlaczego? Można wybrać z trzech możliwości: 1. dla niej 2. dla siebie 3. dla Foremana. Któraś z nich lub wszystkie naraz. House po raz kolejny udowodnił, że lubi mieszać się w życie swoich współpracowników, a także nakierowywać ich na jego zdaniem właściwy tor. Jednak w ostatnich scenach Trzynastka wsiada do samolotu. To oczywiście nie oznacza, że nie wróci. Z Taubem nie wiadomo co się dzieje. Powiedział, że odchodzi i odszedł. Nie ma go. To w “House M.D.” coś nowego. Bo zwykle kiedy ktoś odchodzi, to właściwie zaraz potem wraca. Ale to dopiero dwa odcinki. Ta postać jeszcze się pokaże. Przynajmniej powinna, żeby odejść w bardziej spektakularny sposób.



 

W wątku pacjenta tygodnia warto zanotować świetnego Lee Tergesena  w roli miliardera Roya, ojca ciężko chorego dziecka. Ten aktor od lat zbiera zasługi za swoje kreacje. Tutaj też należą mu się pochwały np. za scenę otwierającą odcinek gdzie siedzi odrętwiały na podwórku lub wtedy gdy dowiaduje się, że jego syn umrze. Nie narzuca się widzowi, ani nie jest przerysowany w emocjach bohatera. Metoda złotego środka. Ani za dużo, ani za mało. Widziałem Tergesena w kilku rolach i jak dla mnie jest to ten sam kaliber co Hugh Laurie.

 

Co do House’a. To tym razem, także było kilka zmian w jego zachowaniu. Po pierwsze jest bliżej pacjentów. W tym odcinku kilkakrotnie obserwował chorego chłopca z korytarza. Co prawda nie był w środku sali, ale jak na House’a to już jest coś. Zawsze lepsze to niż obserwacja ze swojego gabinetu. Kolejna rzecz. House we własnej osobie idzie przekazać bogaczowi złe nowiny, a następnie wyraża współczucie i żal, że nie może on nic więcej zrobić dla jego syna. Oczywiście potem na końcu śmiertelna diagnoza okazuje się błędna, ale nie umniejsza to faktu, iż House ma coraz więcej empatii dla pacjentów. Także w scenie gdy Roy jest przeświadczony, że jego syn wyzdrowiał bo on sam wyzbył się bogactwa i tym samym przełamał tytułową karmę. House na to oświadczenie tylko pomrukuje sobie pod nosem. Jeszcze dwa sezony temu nazwał by takiego osobnika tępakiem chodzącym z głową w chmurach, jeśli nie gorzej. Teraz natomiast pozwala Royowi wierzyć w jego wersję wyleczenia syna. Główny bohater w tym odcinku, także doszedł do wniosku, że o ile medyczne łamigłówki są mu potrzebne, to przywrócenie go do władzy mogłoby już nie być takie korzystne. Ciekawe jak ten wątek potoczy się dalej bo jak sam Chase powiedział na końcu to House jest, był i będzie szefem.   

 
 

A co Wy myślicie o ostatnich odcinkach?

autor: Adam


Korzystasz z Facebook'a? Subskrybuj konto ShowTV i bądź na bieżąco!

Jesteś fanem seriali? Masz zacięcie pisarskie, a angielski nie jest Ci straszny? Napisz na info@showtv.pl i dołącz do nas!
SKOMENTUJ