Na początek ogólna refleksja nad całym dziełem. Moim zdaniem jest to film dobry, w niektórych momentach nawet znakomity. Jednak twórcy nie ustrzegli się wad. Zacznę więc od nich by to mieć to już za sobą, a potem przejdę do rzeczy przyjemniejszych, czyli pozytywów filmu. Rzeczą, która najbardziej gryzła mnie w oczy było zbyt obfite używanie archiwalnych materiałów. Za dużo było tych scen, które już wszyscy znamy. Jeśli chciałbym je widzieć ponownie to obejrzałbym serial od początku. Tu powinna być świeżość, nie odgrzewany kotlet. Twórców tłumaczy, ale tylko trochę, formuła filmu. Przedstawia nam przeszłe wydarzenia z nowej perspektywy lub dopowiadając do nich nowe treści. Umieszczenie więc starych materiałów z serialu miało służyć za coś na kształt łącznika. Mi się wydaje, mimo wszystko, że było tego zbyt wiele. Nie było potrzeby pokazywania całych scen. Mi wystarczyłyby krótkie fragmenty lub tylko wspomnienie o tych wydarzeniach. Poza tym większość osób które oglądała „Battlestar Galactica” dobrze orientuje się w akcji i pamięta wydarzenia z serialu. Te stare fragmenty zakłócały mi nieco odbiór i trochę wytrącały z oglądania filmu. Prawdą jest, że tych momentów nie było jakoś strasznie wiele. Może koło 10 minut lub trochę więcej. Ci co mierzyli z zegarkami mogą mnie poprawić. Jednak nawet jedna minuta jest bardzo cenna. Zwłaszcza w filmie, który chcę opowiedzieć fabułę w 107 minutach. Tutaj każdą chwilę trzeba wykorzystać maksymalnie. Lepsze dla filmu moim zdanie byłoby pogłębienie psychiki Cylonów. Zamiast tych powtórek wolałbym zobaczyć np. więcej scen z Leobenem (Numer dwa), którego tutaj jest zdecydowanie za mało. Szczególnie biorąc pod uwagę jego znaczenie w serialu.
Drugą wadą jest niestety przerost ambicji nad możliwościami. Twórcy chcieli przedstawić wydarzenia serialu z perspektywy Cylonów. Jednak pokazanie bogatej charakterystyki wszystkich bohaterów z tego grona w jednym filmie było po prostu niemożliwe. Jak już zaznaczyłem wcześniej jednym z poszkodowanych fabularnie był Leoben (Callum Keith Rennie). Podobnie było z Ostateczną Piątką. Z niej tak naprawdę w filmie istniał tylko Samuel Anders (Michael Trucco) i Galen Tyrol (Aaron Douglas). Reszta bohaterów - Saul Tigh (Michael Hogan), Ellen Tigh (Kate Vernon) i Tory Foster (Rekha Sharma) była tylko w śladowych ilościach. Tak samo było ze standardową szóstka Cylonów. Wspomnę po raz trzeci i już ostatni - było za mało Leobena. Jednak jeszcze gorzej - pod względem ilości - wypadł numer pięć czyli Doral (Matthew Bennett). Jego postać też można było bardziej pogłębić. Lepiej było z numerem sześć (Tricia Helfer). Najlepiej wypadła trójka Cylonów. Numer osiem - Boomer (Grace Park), numer cztery - Simon (Rick Worthy) i zwłaszcza numer jeden - Brat Cavil (Dean Stockwell). W ogóle nie było numeru trzy - D'Anny Biers (Lucy Lawless). Tutaj przeszkodą było jednak prawdopodobnie brak angażu aktorki do tego filmu. Więc fizycznie jej postać musiała odpaść w filmie. Ta dysproporcja w portrecie Cylonów też mnie trochę raziła. Liczyłem, że uzyskam bardziej kompletny obraz całej grupy. Miałem nadzieję, też na większą ilość scen między szóstką Cylonów i ich rodzicami czyli Ostateczną Piątką. Wzbogaciłoby to znacznie ten film. Zastanawiam się czy nie lepiej byłoby wymyślić jakiegoś innego wątku dla tego pomysłu. Bardziej spójnego, a nie skaczącego po okresie dwóch lat. Np. w okresie wydarzeń z Nowej Caprici i jej okupacji podczas prezydentury Gaiusa Baltara. Tam wszyscy Cyloni byli na miejscu i interakcja miedzy nimi była większa. Ale tutaj ekipa musiałaby budować jeszcze raz dekorację Nowej Caprici. Więc ten pomysł nawet jeśli był w głowach twórców to tylko jako pobożne życzenie.
No tyle narzekania. Teraz pora przejść do plusów tego filmu. Na początek kwestie techniczne tego dzieła. Znowu pierwszorzędną robotę wykonali fachowcy od efektów specjalnych. Scena ataku Cylonów na planety z początku filmu zachwyca swoją plastyką i rozmachem. Oczywiście to wszystko w ramach telewizyjnego budżetu, a nie blockbustera kinowego z zapasem 200 milionów dolarów. Jednak twórcom zawsze udawało się obejść te ograniczenia. Tak jest i tym razem. Scena zagłady ludzkości była świetna.
Podobnie rewelacyjnie spisał się kompozytor Bear McCreary. Po pierwsze odkurzył dwa świetne kawałki z poprzednich serii. Przy scenach pogoni za Leobenem po Galactice, można było usłyszeć skrawki utworu „Flesh and Bone” z odcinka pierwszego sezonu o tym samym tytule. Ta kompozycja dodaje napięcia i tajemniczości w filmie. Drugi kawałek inteligentnie inkorporowany w tym dziele to „Something Dark is Coming” z sezonu drugiego. W filmie można go usłyszeć kiedy Sam wyznaje Cavilowi (numer jeden) swoje grzechy z okresu po ataku Cylonów. To jest jedna z moich ulubionych kompozycji McCreary'ego. Zawsze dodaje głębi danej scenie. Tu także świetnie współgrała z wyznaniem winy Sama i nieudaną próbą przekabacenia go przez Cavila na swoją teorię odnośnie zagłady ludzi. Na koniec muzyk zostawił nam prawdziwą bombę. Chodzi o utwór „Apocalypse”, który można usłyszeć podczas napisów końcowych. Mamy w nim na początku spokojny mistyczny kobiecy wokal, a potem mocną gitarę i perkusję. Klasyczny McCreary. Przypomina nieco inny utwór kompozytora „Lords of Kobol”. Szkoda, że „Apocalypse” nie było w samym filmie. Na pewno wzmocniłby odbiór którejś ze scen.

Teraz inne plusy. Co prawda obraz środowiska Cylonów i ich planu był mocno okrojony to jednak, to co zostało pokazane było solidne. Jednym z plusów było wypełnienie luk serialu. Nie wszystko wcześniej było dokładnie wyjaśnione. W tym filmie kulisy niektórych wydarzeń zostały odkryte. Chodzi tu min. o zachowanie Boomer na Galactice i jej zaniki pamięci, zniknięcie szóstki po nieudanym spisku na Baltara, pojawienie się nagle brata Cavila na Caprice itp.
Inną zaletą było dopełnienie planu numeru jeden odnośnie Ostatecznej Piątki. Oglądanie Cavila jak knuje ukaranie i danie nauczkę swoim „rodzicom” znacznie uwiarygodniło ten wątek. Wcześniej w serialu nie poświęcono wystarczająco dużo czasu by do końca to doszlifować. Tutaj zostało to naprawione. Teraz w pełni kupuje pokręcony plan Cavila dotyczący Ostatecznej Piątki i zagłady ludzkości.
Wątek Leobena był bardzo krótki. Jednak to co zostało nam pokazane mogło się podobać. Nieco wyjaśniło obsesję bohatera odnośnie Starbuck i pokrewieństwo dusz między tymi postaciami. Tu też wyjawiono nam, że Leoben miał wizje na temat Kary Thrace. Dobry wątek, tylko za krótki i nie wykorzystany w pełni. Szkoda. Callum Keith Rennie miałby szansę w pełni zabłysnąć.
Podobnie lekkie rozczarowanie z powodu małej ilości Dorala - numeru pięć. Matthew Bennett świetnie go zagrał w serialu. Podobnie jest w tych kilku momentach w filmie. Świetnie sprzedał komiczną scenę kiedy tłumaczył Cavilowi różnicę między swoim garniturem a garniturem innego numeru pięć schwytanego wcześniej na Galactyce. Podobnie jak wcześniej. To co zostało pokazane było porządne. Żal z powodu małej ilości. Doral zawsze wydawał mi się jednym z bardziej fanatycznych Cylonów. Także jednym z najbardziej okrutnych.
Były za to aż dwa numery sześć. Jedna z nich miała wyrzuty po brutalnym potraktowaniu Baltara. Druga była bardziej bezwzględną i podążała za planami Cavila. Też trochę szkoda, że Trici Helfer było tak mało. Mimo wszystko było tego więcej niż w przypadkach Dorala i Leobena. W serialu Helfer zawsze grała na najwyższym poziomie. Tak jest i tutaj. Sportretowała dwie różne w zachowaniach wersje szóstek. Dobrze też zagrała w scenie gdy Cavil zmuszą ją do wyrzucenie się przez śluzę. Pokazał ludzką twarz Cylona, który czuje się poniżony i odrzucony.
Bardzo dobry i co ważniejsze pełny jest portret numeru cztery Simona. On także jest w dwóch wersjach. Jedna z nich na Caprice jest zdecydowana do działania i chce jak najszybciej zaatakować ludzi. Druga we flocie zachowuje się wprost przeciwnie. Ożenił się z kobietą i teraz razem z nią wychowuje dziecko. Unika spotkania z innymi Cylonami. Woli wieść normalne życie. Jest wewnętrznie skonfliktowany. Pokochał coś co miał unicestwić. Ostatecznie woli popełnić samobójstwo, niż przyłożyć rękę do skrzywdzenia swojej rodziny. Cały ten wątek wypadł świetnie. Pochwały należą się też Rick'emu Worthy'emu. Sylwetka numer cztery została znacznie wzbogacona dzięki temu filmowi. W serialu nie grał aż tak wiodącej roli.
Mocna i dobrze skonstruowana była historia Boomer. Podobnie jak Simon z floty. Ona też zakosztowała zbyt dużo ludzkiego życia. Nie jest w stanie do końca wykonać powierzonych jej zdań, które miały unieszkodliwić Galacticę. Najlepszym przykładem jest strzelenie Adamie w klatkę piersiową zamiast w głowę. Grace Park także świetnie po raz kolejny oddała rozdarcie Boomer, która lepiej czuła się w ludzkiej skórze pośród załogi Galactici. Była wtedy naprawdę szczęśliwa.
Na koniec zostaje Brat Cavil, który tutaj dzieli i rządzi w każdym rozumieniu tego słowa. Jeden z jego modeli inicjuje wszystkie działania Cylonów we flocie. Stara się jak najszybciej wytępić całą ludzkość. Potem będzie się musiał zmierzyć z klęskami. Część Cylonów nie zgadza się z jego metodami, a pozostali zawalają powierzone im zadania. W wątku numeru jeden pojawił się także interesujący fragment. Chodzi o chłopca, który co chwilę zakradał się do kaplicy Cavila. Początkowo myślałem, że pojawi się tutaj jakaś mała szansa na pojednanie. Jednak całkowicie się myliłem. Po kilku uprzejmościach w postaci częstowania się jedzeniem przychodzi mocny finał. Cavil zabija dziecko. Na końcu mówi mu: „Przyjaciele to niebezpieczna rzecz”. Ta wersja numeru jeden do końca była pełna zła i gniewu oraz pozbawiona miłosierdzia. Co innego brat Cavil na Caprice. Ten uczy się od ludzi wybaczania i miłości. Początkowo chce by Sam nauczył się. Żeby wyznał mu, że ludzkość zasłużyła sobie na taki los. On jednak tego nie robi: „Myślałem, że się nauczył. A on kocha.” Pod koniec Cavil podobnie jak Boomer i Simon zaraża się uczuciami wobec ludzi. Zmienił całkowicie swoje zdanie. Teraz uważa, że to co zrobili to błąd. Nie można wymóc miłości przez przemoc. Zabicie ludzi nie sprawi, że Ostateczna Piątka przestanie ich kochać. Cavil doświadczył tego na własnej skórze. Na końcu konfrontuje swoje przekonania z jedynką z Caprici. Oczywiście bardziej agresywny model nie zgadza się z nim. Jednak na samym końcu tuż przed wystrzeleniem przez śluzę jedynka z Caprici wyciąga rękę do swojego brata. Ten po chwili zastanowienie ściska ją. I razem bracia Cyloni zostają wystrzeleni w przestrzeń. Trzeba zaznaczyć w tym wątku genialną grę Deana Stockwella. Serial bardzo ożywał, kiedy ten aktor się w nim pojawiał. Tu jest w mojej opinii najlepszym elementem filmu. Miło, że świat przypomniał sobie o nieco zapomnianym przed „Battlestar Galactica” Stockwell'u.
Twórcy przedstawili nam w filmie obraz Cylonów. Zachowują się oni trochę jak fanatycy religijni. Czasami jak dzieci które skrzywdzone przez rodziców w szale gniewu chcą podpalić cały świat. Jednak nie zdają sobie w pełni sprawy ze swoich zachowań i ich konsekwencji. Są jak ludzie bez busoli moralnej, która mówi im co jest dobre a co złe. Toczą w sobie wewnętrzną wojnę. Posiadają ludzkie ciało, ale są jednak maszynami. Na samym końcu filmu mamy powtórzenie tyrady Cavila na temat tego jak ludzkie ciało go ogranicza. Gdyby był robotem to „widziałby promienie Gamma i czuł ciemną materię”. Takie są jego pragnienia. Ale ludzkie ciało mu to uniemożliwia. W filmie rzuca, że Cyloni nie powinni nawet oddychać. Jednak mimo pragnienia bycia bardziej maszynami, to nadal używali sobie w zachowaniach ludzkich. Często uprawiają seks między sobą, piją alkohol. Nie chcą być ludźmi, ale zachowują się jak typowi ludzie. Ich emocje także są bardzo ludzkie.
„Battlestar Galactica: The Plan” jak pisałem na początku jest filmem dobrym, ale nie znakomitym. Dla fanów jest to jednak pozycja obowiązkowa. Jak dla mnie każdy powód by wrócić do tego świata i tych bohaterów jest dobry. Byleby tylko trzymać poziom i nie iść w tandetę. Tutaj to się udało. Co prawda były niedociągnięcia. Jednak ja osobiście tak mocno przywiązałem się do tego serialu, że mogę na te błędy przymknąć oko. „Battlestar Galactica” jest jednym z najlepszych seriali jakie dane mi było obejrzeć w ostatnim czasie. „The Plan” może nie urasta do jego poziomu, ale też na pewno nie przynosi mu ujmy.