"FlashForward" - Al Gough: "Znalazłem sposób na zmianę gry"

2009-11-15 15:09:40

Za nami następne trzy odcinki serialu. Ja osobiście byłem zawiedziony piątym i szóstym. Poprzednie epizody miały kilka obiecujących zwrotów akcji. Jednak kolejne nie podjęły tych tematów. Nie było też zbyt dużego rozwinięcia postaci. Lepiej wypadł odcinek siódmy, który wprowadził oczekiwany przeze mnie game changer. Więc po kolei. (Uwaga tekst zawiera spoilery)

Sezon 1, Odcinek 5 – “Gimme Some Truth”

 

W tym odcinku najbardziej mnie drażniło całkowite porzucenie wydarzeń z epizodu „Black Swan”. Simon (Dominic Monaghan) dzwoni do Lloyda (Jack Davenport) i mówi mu, że są współodpowiedzialni za największa katastrofę w historii ludzkości. I co? A no nic. Twórcy nie raczyli nas czymkolwiek odnośnie tego wątku. Tak nie można. Nie wystarczy rzucić jakiegoś hasła, a potem zostawić tego w zawieszeniu. Jak się mówi A to trzeba powiedzieć B. Dla widzów przydała by się choćby malutka marchewka. Sam mogłem dorobić sobie w wyobraźni fakt, że w Somalii ktoś budował jakieś dziwne wierze lub coś podobnego. Bo jakoś te zjawiska trzeba było wywołać. „FlashForward” to nie fantasy więc z góry zakładam, że nie chodzi o jakieś czary czy zaklęcia. Te nowe informacje ani trochę nie popchnęły do przody tego elementu.

 

Zamiast wątku Simon - Lloyd mamy przesłuchanie agentów FBI przed komisją senacką. Prawdą jest, że ten wątek ciekawie się zaczyna. Mamy ostatnio często stosowaną retrospekcję. W tym wypadku jest to atak na agentów FBI przez nieznanych zamachowców. Potem w ciągu odcinka przedstawiane są wydarzenia poprzedzające. Nie są one jednak tak ekscytujące jakby się można spodziewać.

 

Znaczna część wydarzeń w Waszyngtonie opiera się na próbach zdobycia funduszy na śledztwo Mozaiki. Stanford Wedeck by uzyskać pieniądze szuka poparcia u swojego dobrego przyjaciela, a obecnie prezydenta Stanów Zjednoczonych Dave'a Segovii (Peter Coyote). Ich związek jest nieco pokręcony. Z jednej strony lubią się i szanują, ale jednak w finalnej fazie Stanford nie zawaha się szantażować kolegi jego byłą kochanką, którą sam pomógł ukryć. Dave nie robi mu z tego jednak sporych wyrzutów. Szorstka męska przyjaźń. Chociaż jest tu jeszcze furtka na coś bardziej złowieszczego. Bo prezydent zaraz po rozmowie z Wedeckiem telefonuje do kogoś i mówi: „Jest problem, którym musisz się zająć.” To można więc interpretować na wszystkie możliwe sposoby.

 

Przy tej historii lekko przeszkadzało mi dodanie nowych osób z wizjami. Jeszcze na dobre nie zaznajomiliśmy się z podstawowymi bohaterami. Mimo to twórcy zamiast ich pogłębić ciągle dorzucają nowych. Ostatnio na kilka chwil dodano żonę Wedecka. Jednak znikła ona z serialu tak szybko jak się pojawiła. Podobnie jej wizja. A przecież, żeby się w to zaangażować to musimy ją oglądać na ekranie. Bardzo słabo rozwijają też wizja i wątek Nicole. Ja jako widz nie mogę się zaangażować w coś czego nie ma na ekranie. Budowaniu bohatera trzeba poświęcić czas i miejsce. Tu zamiast tego mamy kolejne postacie, które twórcy tylko musnęli po powierzchni. Był to prezydent, który widział agentów Secret Service informujących go o jakimś zdarzeniu. Drugą osobą była pani senator Joyce Clemente (Barbara Williams), szefowa komisji, próbująca storpedować operację Wedecka ze względów osobistych. Ona widziała siebie samą jako prezydenta. W końcówce Dave Segovia mianuje ją na wiceprezydenta w zamian za przychylne rozpatrzenie śledztwa Wedecka. Stanford zapewne w przyszłości będzie miał z nią kłopoty.



 

Kolejną rzeczą która mi się tutaj nie podobała to uporczywe trzymanie się zasady, że wszystko z wizji musi się ziścić. To jest strasznie nudne. Bo jeśli takie reguły będą obowiązywać to napięcie z serialu po prostu zniknie. Te osoby, które miały swoje wizje nie zginą więc nawet jeśli ktoś wpakuje im serię z karabinu maszynowego to i tak się wyliżą. Pije tutaj trochę do scen końcowych, czyli strzelaniny w Waszyngtonie i ataku na agentkę Janis Hawk w Los Angeles.  Co z tego, że bohaterka została ciężko postrzelona skoro twórcy wszędzie nam sugerują, że wizję spełnią się całkowicie. A skoro tak to niektórzy bohaterowie będą na jakiś czas nieśmiertelni. Podobny problem miałem z „Lost”  po słynnym flashforward z finału sezonu trzeciego. Przez cały sezon czwarty niektóre osoby były poza zagrożeniem. Więc z góry wiedziałem, że nic im się nie stanie. Ale trzeba też przyznać, że scenarzyści „Lost” lepiej sobie przemyśleli tę zabawę i zaserwowali nam kilka niespodzianek po drodze. Sama metoda flashforwardu jest interesująca, ale trzeba uważać, żeby nie przedobrzyć. Twórcy mogą zostać zakładnikami formuły, która sami wymyślili. Trzeba szukać nowych rozwiązań, żeby uaktywnić widza.

 

Mały plus dla twórców za dołączenie do finałowej strzelaniny piosenki „Like a Rollin Stone” w wykonaniu Rolling Stones. Bohaterowie śpiewali ją wcześniej w barze karaoke. Wyszło ciekawie i nieszablonowo. Chociaż był tam element trochę ograny. Wedeck ratuje Benforda. Potem obaj kiwają do siebie głową. Co ma widzom sugerować, że między nimi jest znowu zgoda. Tylko jeśli tak na to patrzeć to gdyby Wedeck nadal miał urazę do Benforda to powinien pozwolić mu zginąć? Takiej alternatywy na pewno nie było. Więc po co ta cała zabawa w sugestie. Co do samego ataku, to tak naprawdę nic konkretnego o nim nie można powiedzieć. Twórcy nie dali nam żadnych informacji o jego przyczynach. Na tę chwilę jest próżnia w którą scenarzyści potem coś wrzucą.

 

Jeszcze trochę o bohaterach. Geneza konfliktu Benforda z Wedeckiem. W tym odcinku Mark zostaje przyparty do muru. Jego wizja nie była w pełni klarowna ze względu na jego pijaństwo w przyszłości. Na komisji jeszcze nie dał się złamać. Dopiero Stanford ostatecznie go dociska. I wtedy prawda wychodzi na jaw. Śledztwo FBI jest oparte na doznaniach powracającego do nałogu alkoholika. W tej potyczce, jak na mój gust, Courtney B. Vance zdominował Josepha Fiennesa, który był nieco zbyt przerysowany w niektórych elementach tej sceny. Jednak ja zawsze staram się jakoś tłumaczyć aktorów. Tutaj zastanawiam się czy w zamyśle Fiennes nie przedstawiał niektórych cech typowych dla alkoholika czyli nerwowość i chaotyczność. To nie mimo wszystko nie zmienia mojego odczucia co do tego fragmentu epizodu. Do podobnego wniosku doszli chyba także montażyści. Jak przyjrzeć się tej scenie dokładnie to była ona pocięta na korzyść Vance'a. Ma on więcej ujęć. Moim zdaniem ten aktor jak do tej pory kradnie prawie każdą scenę w której się znajduje.

 

Natomiast Olivia martwi się o Marka. Tym bardziej, że otrzymała tajemniczy i anonimowy SMS o powrocie swojego męża do picia.

 

Można także wspomnieć o podejrzeniach CIA. Wywiad myśli, że Chiny stały za zamroczeniem. Na końcu bohaterów atakują Azjaci. Ale mi to raczej wygląda na króliczą dziurę.

 

W tym odcinku po raz pierwszy trochę bardziej zagłębiono się też w postać Janis Hawk. Mamy potwierdzenie wcześniejszych wskazówek co do orientacji seksualnej bohaterki. W tym epizodzie zaczyna się spotykać z Mayą (Navi Rawat). Jednak jak szybko się schodzą tak samo prędko się rozchodzą. Cały związek i perspektywa ciąży za bardzo przytłacza Janis.

 
 

Sezon 1, Odcinek 6 – “Scary Monsters and Super Creeps”

 

Tu przyznaje, że była marchewka dla widza jednak była ona zdecydowanie za mała. Chodzi oczywiście o obecność Simona (Dominic Monaghan). Zostają nam ujawnione niektóre fakty. Jest on geniuszem fizyki kwantowej. W swojej wizji widział natomiast jak z satysfakcją zabijał nieznajomego mężczyznę. Ponownie słowa uznania należą się Monaghanowi za stworzenie bohatera, który znacznie odbiega od jego wcześniejszego repertuaru. Simon to pewny siebie facet. Z łatwością podrywa w pociągu kobietę. Jest też zdecydowany, a także nawet nieco przerażający. Ta historia nie ulega jednak dalszemu rozwinięciu. Na końcu Simon staje twarzą w twarz z Lloydem. Jednak temat ich rozmowy nie odbiega znacznie od tego co usłyszeliśmy w odcinku czwartym. Jedyna nowość to tajemnicze inne osoby, które razem z Simonem są zainteresowane losem Lloyda. Ale mogliśmy się domyślić, że nie tylko ci dwoje maczali palce w zamroczeniu.

 

W tym epizodzie mamy też konfrontacje między Markiem, Olivią i Lloydem. Wszystko wychodzi na jaw. I za to należy się pochwała. Nie za dobrze wyglądałoby to dla serialu gdyby nadal nad bohaterami wisiały te wizje i kłamstwa. W końcu musi nastąpić rozwiązanie. Nie można tego ciągnąć w nieskończoność. Nie każdy widz ma taką cierpliwość. W tym odcinku Dylan ucieka ze szpitala do domu Benfordów. Pamięta ich adres ze swojej wizji. Czyli sprawdziła się teoria mówiąca, że Dylan i Charlie pamiętają się wzajemnie z wizji. A tym samym byli razem w domu z Olvią i Lloydem. Tylko gdzie jest ten D. Gibbons skoro Charlie zapamiętała jego oraz Dylana podczas tych 217 sekund. Plącze się to jeszcze bardziej. Może siedział w piwnicy, na dachu albo Charlie nie widziało go osobiście tylko coś przeczytała. Zobaczymy jak to będzie wyglądało. Teraz z powrotem o konfrontacji małżeństwa Benfordów i Lloyda. Na światło dzienne wychodzą teraz prawie wszystkie detale. Simcoe poznaje dom Benfordów ze swojej wizji i uświadamia sobie, że był wtedy z Olivią. Obecność Lloyda bardzo denerwuje Marka. Potrafi jeszcze uścisnąć rękę potencjalnemu kochankowi swojej żony. Jednak potem zaczyna robić Olivii awanturę i obwiniać ją o coś czego jeszcze nie zrobiła. W toku kłótni Oliva też nie zostaje dłużna i drąży zdarzenia z wizji męża pod wpływem otrzymanego tajemniczego SMS. Mark ostatecznie wyjawia swój powrót do nałogu.

 

Sam fakt wyłożenia kart na stół miedzy bohaterami był oczywistym plusem. Jednak kilka rzeczy mi przeszkadzało. Na początku małżeństwo Benfordów wyglądało na bardzo solidne. Nawet dowcipkowali sobie o rozwodzie i  o tym jak bardzo się nienawidzą. Benfordowie przeszli przez alkoholizm Marka. Co cię nie zabije to cię wzmocni. Jak dla mnie to małżeństwo wyglądało na mocno scalone. Tu jednak coś za łatwo zaczęło się to wszystko psuć. Szczególnie dziwi mnie postać Marka, który jak na tę chwilę wyrasta na króla hipokrytów i nerwusa. Sam czepia się żony o przyszłość jednak nie chce by osądzano jego wizję. Znowu jak w poprzednim odcinku trochę przerysowany w niektórych momentach jest Joseph Fiennes. Dużo lepiej w tej scenie wypadła Sonya Walger. Nie mówię wcale, że jest to położone na całej linii. Ale są takie krótkie momenty w tym odcinku kiedy myślę sobie: „Facet przesadził. To nie jest realistyczne.” Może to kwestia doświadczenia teatralnego. Tam takie granie jest niemal wymagane. Trzeba być ekspresyjnym by widz w ostatnim rzędzie mógł wszystko usłyszeć i zrozumieć. Mimo to wcześniej w filmach Fiennes miał lepsze kreacje. Są tacy co zwalają to na konieczność utrzymania amerykańskiego akcentu. Co według tych osób może go frustrować i ograniczać. Ale z drugiej strony np. Hugh Laurie jakoś sobie z tym radzi już przez 6 lat. Joseph Fiennes to dobry aktor, ale jednak w ostatnich odcinkach trochę zawodzi. Dla porównania można tu przedstawić Jacka Davenporta w tym odcinku. Miał mniej do roboty, ale wywiązał się z tego bezbłędnie. Nie za dużo, nie za mało. Po prostu w sam raz. Przykładem jest scena kiedy Dylan kładzie ręce na twarzy ojca i dziękuje mu. Aktor dla mnie nie musi robić dużo by sprzedać mi daną scenę. Wystarczy by było autentycznie. 



 

Z innych rzeczy. Mieliśmy całkowicie niepotrzebną gonitwę Marka za mężczyznami noszącymi maski podobne do tych z jego flashforward. Oczywiście to były jak zawsze tylko dzieciaki, które zrobiły komuś psikusa. Twórcy wyłożyli tutaj bardzo ograną kartę. Wolałbym obejrzeć coś bardziej wartościowego.

 

W tym epizodzie zostają przedstawione nowe informacje na temat zamachowców. Tatuaże niebieskiej dłoni na ręce. To był jeden z elementów na tablicy Marka. Al i Demetri idąc po kolejnych wskazówkach znajdują dom z kilkoma ciałami. W tym Rutherforda. To jego sprawą Al zajmował się w swojej wizji. Na końcu jest tu też małe rozwinięcie jego flashforward. Widzimy jak płacze rozmawiając przez telefon. Zapewne ma to coś wspólnego z imieniem kobiety, które wpisał w mozaice.

 

Natomiast agentka Janis jest w kiepskim stanie, ale oczywiście żyje bo musi być w ciąży za kilka miesięcy. Przeszła operację, która czyni zapłodnienie prawie niemożliwym. Prawie. Więc wszystko jest po staremu. Trudność zajścia w ciąże może jednak tłumaczyć stan emocjonalny Janis w jej wizji. Ponieważ stało się coś na co nie liczyła. Jak przejrzałem kilka recenzji to ludzie zaczynają już obstawiać kto będzie potencjalnym ojcem tego dziecka. Ja wcześniej typowałem agenta Noh. Część ludzi po tym epizodzie stawia na Wedecka bo tak troskliwie opiekował się nią w szpitalu. Ja już nie będę zgadywał. Bo za kilka odcinków może to być ktoś zupełnie inny. Poza tym są inne rzeczy bardziej intrygujące.

 
 

Sezon 1, Odcinek 7 – “The Gift”

 

Po obejrzeniu tego odcinka mogłem do siebie powiedzieć: „W końcu.” Bo stało się tego czego wyczekiwałem od początku. Pojawił się game changer. W takim serialu jest on wprost wymagany, jeśli twórcy chcą nadal mieć dzieło, które ogląda się w napięciu. Ciągłe spełnianie się wizji jak już pisałem kilkakrotnie na dłuższą metę się nudzi i jest nieefektywne fabularnie. Trzeba dodać coś co znowu będzie ekscytować widzów. Tu takie zdarzenie, a właściwie zdarzenia miały miejsce.

 

W centrum uwagi w tym odcinku był agent Al Gough (Lee Thompson Young) i jego wizja. Już we wcześniejszych epizodach można było zauważyć, że coś trapi bohatera. A dokładniej ktoś czyli Celia. Dość szybko w odcinku dowiadujemy się sedna sprawy. Al spowodował jej śmierć w wypadku. Ta tragedia doprowadziła też do osierocenia jej dwóch synów. Al decyduje się popełnić samobójstwo, by temu zapobiec. W ciągu odcinka mamy kilka zwiastunów tak tragicznego końca. Bohater rzuca wyzwanie śmierci. To on łapie za rewolwer podczas rosyjskiej ruletki. W toku epizodu dwukrotnie, inne osoby mówią mu nieuchronności zdarzeń z przyszłości. Bezpośrednio zrobił to Raynaud (Callum Keith Rennie). Pośrednio Fiona Banks (Alex Kingston) sugerując, że jej gołąb z przyszłości uderzyłby w inne okno, nawet jeśli swoje by zakleiła. Potem je ostatni posiłek. „Brudny ryż”, który w dzieciństwie gotowała mu matka. Następnie pisze list. A na końcu udaje się na dach wieżowca FBI by z niego skoczyć. Nie chcę wyjść na sadystę, ale naprawdę chciałem by skoczył. To dałoby impuls serialowi. Miałem jeszcze moment obawy bo na dachu pojawili się jego koledzy z FBI. Próbowali odwieść go od samobójstwa. Na szczęście dla serialu i widzów twórcy zdecydowali się na ostateczny krok. Al skacze by udowodnić, że przyszłość jego i innych można zmienić. Duże brawa za ten wątek. Szkoda tylko jednego. Al Gough nie był za bardzo rozwiniętym bohaterem. Gdyby twórcy poświęcili mu trochę więcej czasu, to jego śmierć z tego odcinka mogłaby być bardziej dramatyczna. To jest jednak wada „Flashforward”. Twórcy niezbyt umiejętnie tasują bohaterami, których w serialu jest dużo. A wprowadzenie bohaterów na początku serialu jest bardzo ważne.



 

Teraz drugi mocny plus czyli tradycyjnie znakomity Brian F. O'Byrne jako Aaron. Aktor miał tu świetną scenę na początku kiedy bohater dostał nóż swojej córki od jej kolegi z wojska. Aaron w swojej wizji widział jak go przekazuje z powrotem Tracy. Bohater jest przekonany teraz, że jego wizja się spełni. Jednak jakąś chwilę potem kolega jego córki opowiada Aaronowi o ataku na konwój z którego Tracy nie wyszła z życiem. Czyli na tę chwilę była powtórka z rozrywki odcinka 3. Tam bohater zorganizował ekshumację szczątek pochowanych na cmentarzu. Potem okazało się, że w istocie znajduje się tam DNA jego córki. Schemat - nadzieja a potem brak nadziei. Zastanawiałem się po co twórcy idą znowu tą samą drogą. Ile razy można najpierw dawać bohaterowi szansę na odnalezienie córki a potem ją zabierać. Na szczęście zawsze jest do dyspozycji genialny O'Byrne. Scenarzyści jednak na sam koniec przygotowali woltę po której Amerykanie zwykli mówić WTF!?. Każdy sobie rozszyfruje ten skrót. Aaron idzie do domu a tam najzwyczajniej w świeci siedzi jego córka. Wszystko teraz stoi na głowie. I dobrze. Przynajmniej coś się dzieje w serialu. Tylko, żeby twórcy jakoś to dobrze wytłumaczyli.

 

Inne wątki to poszukiwanie dziewczyny Bryce'a. Przypuszczalnie jest ona w Japonii. Ale patrząc na powyższy przykład nie zdziwiłbym się gdyby znalazła się ona nagle w Los Angeles. Trochę ostatnio twórcy zaniedbują Bryce'a. Nie wyjaśnili jeszcze co takiego było w jego przeszłości, że chciał targnąć się na swoje życie. Szkoda bo jest to postać ciekawa i nieźle grana przez Zachary'ego Knightona.

 

Jeszcze gorzej jest z Nicole (Peyton List). Tutaj zaczęła pracować jako wolontariuszka w szpitalu. Nadal jednak mamy jej za mało w serialu. Zwłaszcza patrząc na jej potencjalne przyszłe morderstwo, którym mamy się przecież przejmować. Nie wszystkie postacie w serialu są rozwinięte w odpowiedni sposób. Za wzór powinien służyć pierwszy sezon „Lost”, który po prostu idealnie wprowadził wszystkich bohaterów do serialu. Każdy miał swoją pełną historię i swoje pięć minut. W tym serialu nie wszystkim jest to dane.

 

Z innych rzeczy. Lloyd stwierdził, że nie chcę mieć związku z Olivią jednak mimo to ciągle na nią wpada. Simon był przez krótką chwilę. W tej scenie pojawiło się imię Annabelle. Nie wiadomo o kogo chodzi. Może to być zarówno jakaś dziewczyna jak i córka. Szkoda tylko, że ani Simon ani Lloyd nie zajmują się obecnie w serialu tym co jest najbardziej dla widzów interesujące. Oczywiście chodzi o przyczynę zamroczenia.

 

Demetri i Zoey mają swoje pierwsze kłótnie i pogodzenia się. Nadal nie mamy kryształowego obrazu ich sprzecznych wizji. Zoey mówi, że widziała w swojej Demetriego. Jednak my tego dokładnie nie zobaczyliśmy więc jest to jeszcze do interpretacji.

 

Trzeba jeszcze wspomnieć o nihilistycznych „Duchach”, czyli osobach które nie miały wizji. Przewodzi im wspomniany wcześniej Raynaud. „Duchy” igrają z własnym życiem i zdrowiem. Wiedzą, że zginą więc chcą sobie używać jak najwięcej i nawet sami decydować o swojej śmierci. Mam tu takie małe deja vu. Callum Keith Rennie miał w serialu „Battlestar Galactica” niemal identyczne dialogi. O zapisanych już kartach historii, które tylko ludzie odtwarzają nie mając na nie żadnego wpływu. Te bliźniacze skojarzenia trochę mnie rozpraszają. Rennie jest świetnym aktorem, ale tutaj gra za bardzo podobną postać. Wygląda to jakby Leoben nagle transportował się z „Battlestar Galactica” do „FlashForward”. Twórcy mogliby tak wykreować postać Raynauda, że widz nie miałby tego efektu deja vu. A tak jest jak jest.

 

Pierwsze cztery odcinki nie były jako całość genialne, ale dobre i miały ciekawe zwroty w końcówce. Można było się w to wciągnąć. Kolejne dwa epizody to wyraźne zwolnienie tempa i dorzucanie nowych bohaterów i wątków. Powstaje galimatias w którym trudno się odnaleźć. Cierpi na tym fabuła i niektórzy bohaterowie, którzy nie mogą się rozwinąć. Na tę chwilę zadowolony jest tylko z postaci odtwarzanych przez Sonyę Walger, Courtney'a B. Vance'a, Jacka Davenporta, Briana F. O'Byrne, Dominica Monaghana i Zachary'ego Knightona. Ci aktorzy zrobili na mnie wrażenie, nawet jeśli niektórzy z nich nie mieli za dużo czasu ekranowego. Co do reszty postaci mam na razie mieszane odczucia. W znacznej mierze na skutek złego dysponowania nimi przez scenarzystów. Na szczęście odcinek siódmy poprawił nieco moje odczucia. Były dwa mocne zwroty akcji. „FlashForward” nadal ma w sobie potencjał. Zobaczymy tylko czy twórcom uda się go w pełni wykorzystać.

 
 A jakie są wasze odczucia na temat ostatnich odcinków?

autor: Adam Lau


Korzystasz z Facebook'a? Subskrybuj konto ShowTV i bądź na bieżąco!

Jesteś fanem seriali? Masz zacięcie pisarskie, a angielski nie jest Ci straszny? Napisz na info@showtv.pl i dołącz do nas!
SKOMENTUJ